Buty Mesjasza. Traktat o podniesieniu rzeczy zdegradowanej
Data dodania: 10 lipca 2010, 13:45:35
ISBN: za chwilę, ksiazka u
Krótki opis:
Fabularyzowany traktat filozoficzny ilustrowany przez Roberta Kuśmirowskiego
Fragment:
To, że istnieniem rządzi entropia przeczuwał każdy z lokatorów, lecz nigdy o tym na głos nie wspominano, nie chcąc tym aktem werbalizacji usankcjonować istnienia i wagi problemu i pozbawiać się tym samym jedynej broni, jaka pozostaje człowiekowi w obliczu rozpadu i przemijania, a którą jest nieświadomość. Kamienica ewoluowała zgodnie z tym prawem nauki, zmierzając, od swego powstania ku chaosowi. Wraz z upływem czasu postępowała w dezintegracji, przy której naiwnym życzeniem stają się prawa betonu, spróchniałe równania drewnianych stropów, inżynieryjne plany i architektoniczne porządki, gmatwają się proste kąty. Ściany nie chcą już dzielić, kolumny nie chcą nosić. Materię ogarnia dzika rozwiązłość.
Już czas najwyższy to przyznać, że w tym stadium, w jakim znalazła się kamienica najzwyczajniejszą fikcją, markowaniem nazwać powinniśmy te nieustające remonty i naprawy, będące właściwie tym samym tylko i tylko tym, czym jest poprawić poduszkę pod głową umierającej. Ileż dramatyzmu było w tej krzątaninie syzyfowej, w tych wysiłkach bezskutecznych, kiedy robotnicy dzień cały próbowali wypełnić zaprawą ubytek w ścianie, dziurkę wielkości pudełka od zapałek. Ile współczucia wzbudzały ich zawzięte starania o to, by przytwierdzić betonową plombę do szczerbatych blankowań, grzebieni i fryzów, by nastroszyć sterczyny, nasycić barwy łukom tęczowym, przywrócić twarze maszkaronom i skręcić na powrót ślimacznice, które wciąż się na przekór rozprostowywały.
Niektóre fragmenty kamienicy do tego stopnia wyrodniały, że w ogóle przestawały istnieć. Uległy bezpowrotnie totalnej atrofii, pozostawiając w strukturze domu liczne wyrwy, wyłomy i szerokie rozpadliny. Słabła ta kongruencja materii, ta zawiązana na mrugnięcie oka formalna, krótkotrwała miłość, którą poświadczać miało w urzędzie cywilnym blednące faksymile, niby na wieki żeniąc cegłę z żelazem i betonem wiarołomnym prawem szczęśliwego trwania.
Miejsca te nawet nie były puste. Były przezroczyste! Gdy zaglądałem w taką dziurę lub szczelinę widziałem w oddali sąsiednie domy i ludzi przed domem, i drzewa zacieniające chodniki, i samochody jeżdżące w tych chłodnych podcieniach, przy których sklepy mnogie, wystawy kolorowe, i drzwiami wciąż się wachlowały huczne ulice. Albo park gęsty, zielony dało się oglądać, po którym tłumy wędrowały, niczym mrowie niespokojne kreśliły wiraże na wąskich ścieżkach i alejkach, obsiadały ławki, jak stada gołębi dzióbiących ziarno, to znów podrywających się do lotu.
Czasami miało się wrażenie, jakby kamienica lekkomyślnie sama ze sobą igrała. To było w momentach jej palpitacji, tymczasowych całkowitych zaćmień i zaników, kiedy to na chwilę zanurzała jedną nogę, palec wskazujący, niewierny wkładała w te rany przezroczyste, niezbadane i tym zetknięciem w nicość się pogrążała, jak dziecko, które z dreszczem tajemnicy, z obawą rozwiązania rękaw zakasuje i dłoń asekuracyjnie umacza w wilgotnych czeluściach odkrytej gdzieś na podwórku nory.
Na rozkaz Niusi wszystkie te nierealne luki zasłaniano brezentową płachtą, dosztukowywano kawałki płócien lnianych, klejąc je do brzegów dziury i z najwyższym kunsztem konserwatorskiego fachu odmalowywano najwierniej jak się tylko dało utracony detal, fragment który zanikł, tak by naturalnie wkomponował się w całość.
Cóż jednak po takiej restauracji rzekomej, po takim pozornym odrodzeniu w iluzjonistycznych, malarskich przedstawieniach, w parcianej mumifikacji psującego się ciała, gdy tu i tam ciągnęły się już kondukty ciemnych, ślepych, pustych okien i trumny rozległych, cichych pokoi. Całymi rzędami wyliczały się fałszywe, na zawsze zamknięte balkony, z których już nikt nigdy nikogo nie zawoła, kluczy nie rzuci, ręką po nocnym spełnieniu z westchnieniem nie pomacha? Cóż po tym prowizorium tkanym?, gdy płaskie stawały się gzymsy i krenelaże, po których wstąpić, wspiąć się już niepodobna na szczyt, na dach, by otrzeć łzę nabiegłą, zastygłą w bawolich okach, co w śnie wiecznym zmrużyły się zmęczone, zamknęły powieki stare, śniły. Cóż po tych kondycjonerskich preparacjach, kiedy znaczna część domu przylegająca do parku, od strony zachodniej, zacienionej, korzennej i wilgotnej, na której najintensywniej pleniły się toksyczne grzyby i rujnujące pleśnie, pozbawiona była niemal w całości czwartego, najwyższego piętra? Oto nam przyszło oglądać trompe l’oeil ponure i wstrząsające.
Czymże więc jest remont, tak naprawdę? Odpowiedzmy na to pytanie, nie szczędząc sobie goryczy i rozczarowania, a jeśli zajdzie taka konieczność nie oszczędzimy także dobrego imienia naszych matek. Zjedzmy to napoczęte, zepsute ciastko, do końca!, do reszty! do ostatniej kruszyny!, choćbyśmy wpychać je mieli na siłę, choćbyśmy z mdłości mieli zapłakać!
Czymże jest remont? O! błogosławiona Konsuelo! Czym są te wieczne nasze starania o utrzymanie ludzkiego świata w pionie, wysiłki nieskończone spod znaku kielni, pędzla i kilofa, czym? jeśli nie heroiczną, podskórną batalią o zachowanie umykającego istnienia? No czym są te akty banalne? jeśli nie ustawicznym podnoszeniem rzeczy zdegradowanej?, od której paradoksalnie się odcinamy, której istnienie odrzucamy, spychamy w niepamięć, licząc naiwnie, że dzięki temu, a może dzięki odkupicielskiej mocy wysiłku zawziętego, nie będziemy mieli w tym upadku udziału. Walimy więc młotem w surowe kamienie, rżniemy stalowym dłutem nieociosane bloki, łopatą odgruzowujemy miękkie sypialnie i ciche pokoje, nawet na chwilę nie dopuszczając tej myśli, że oto właśnie – jak na ironię – kopiemy swoje groby.
Zarządzam powszechne i generalne porządki! Ludu śmiertelnie strapiony do broni! Do broni! Wyjmijcie z szaf kubły i szczotki. Niech każdy weźmie swoje ścierwo w dłoń i niech pościera, niechaj pościera, niech zetrze, niech zmaże ten kurz, który przykrył Pompeje, ten kurz, który osiadł na ślubnej porcelanie, wystawianej w kredensach jak szczątki wymarłych cywilizacji. Oto nastaje czas sprzątania! Sprzątanie z pasją! Pasyjne sprzątanie! Niech zetrze kto potrafi, kto ma tyle siły w sobie, niech zmywa co rano pył księżycowy, który marszczy się na szarej twarzy, żłobi ją w kratery i włosy srebrem rozjarza. Niech ten odważny, silny i święty stopy nasze domyje, niechże nam powie jak mamy chodzić, aby nie sprzątać, by się nie brudzić. Szeroki gest miotły niech nasze zgliszcza ogarnie, niechaj Herakles się wreszcie narodzi w ubogiej szopie na skraju wioski, a pokłonimy się mu, tak jak królowie, w darze złożymy nasze choroby, całą tę zepsutą konserwę Pandory. Wszak to na niego czekamy z utęsknieniem, a nie na Mesjasza, jak to się wciąż zdaje naiwnym teologom. Niechaj więc przyjdzie i wszystkie stajnie świata oczyści z łajna, niech nas od śmierci zbawi. Jakże mnie serce boli! Gdzie jesteś? Matko moja!
W Niusi widocznie rosło coś w środku. Pąk zielony rodził się pośród wiotkich badyli, wśród stosu chrustu, nabrzmiewał i strzelał listowiem, a potem kwiaty kwitły, łasiły się do słońca. Wraz z odnową kawałka domu w Niusi kluła się wiosna. Z wiosną nierozłącznie wiązała się nowa fryzura starannie farbowana i skręcona. Nowa odświętna bluzka, trzewiki wyglansowane na wysoki połysk i długie samotne godziny przed lustrem. To były godziny ciszy, czas śmiertelnie poważnej rozmowy, przy której Niusia na nowo się rysowała, nakładała pomadkę na wyschnięte usta, barwiła policzki malinowym pudrem, tuszowała brwi, oczy podkreślała, a potem spoglądała głęboko w lustro i czuła się górą w tej rozmowie, w tych nieustannych negocjacjach własnego istnienia we wszechświecie.
Po okresie euforii przychodziły dni ciche i osowiałe. Jak gdyby wszystko co tylko możliwe już się zdarzyło i nic więcej ponadto wydarzyć się nie miało. Że niby już wszystko zamknięte jest i skończone.
Długie godziny melancholii roztaczały przed lokatorami krajobrazy ubogie, do cna wypalone, a nad głowami zamykało się głucho niebo. Były to dni beznadziejne i szare, pogrążone w obojętności nieruchomego trwania.
Zdarzają się bowiem takie dni, dni nadliczbowe, w których orbitę bezwładnie się wpada, dni nieuwzględnione w kalendarzu, dni których nigdy nie było, taki przemycony między oficjalnymi datami nierejestrowalny tydzień, dziki odrost czasu, niczym niezdeterminowany, bez porządku przemijania, bez harmonogramu. Czas, który rozgałęzia się w bezdenną pustkę, rozplenia się w bujną nicość wyjałowionych i ciemnych poniedziałków i sobót.
Są to urlopy czasu, przy których zanika tempus, aevum, aeternitas, znikają wszelkie czasowe granice. Owe urlopy osobliwe biorą się stąd, iż czas zostaje nazbyt często podle wykorzystany, zbałamucony przez te wszystkie daty, terminy i pory. Zmęczony ciągłym popędzaniem, wiecznymi wyścigami z czasem, albo próbami manipulacji w jego opóźnianiu, macha ręką, odwraca się na pięcie i, złorzecząc, zostawia nas samych sobie.
Któż z nas nie zaznał tych dni dotkliwych, tych dni ciemnych wyjętych z kalendarza? Kto z nas nie znalazł się choćby raz jeden we władaniu tego przedziwnego stanu, w tych dniach właśnie delirycznych i stężałych, które domysłem są raczej niż dniami. Kotłują się między sobą, unifikują i przenikają, ram wszelkich pozbawione stapiają się w ciemną masę i rozlewają się potem w lodowate, bezimienne otchłanie, rzucając nas w ten bezsens, w którym człowiek ginie, jak cukier w herbacie.
W tych dniach kamienica stawała się płaska, nijaka niczym czysta kartka papieru. Traciła wymiar i resztki swojej spłowiałej barwy, jak stary fresk złuszczony, obnażający swe pierwsze, próbne architektoniczne plany.
Lokatorzy zacinali się, popadali w siebie głęboko, zapadali się w sobie nieruchomo, bez słowa, w piżamach, z rękoma wspartymi na nogach, w poranku długim, nieskończonym, w oczekiwaniu prawdopodobnego zmierzchu. Ciemnieli w środku gęstymi chmurami, czekając na wciąż nie nadchodzącą burzę, która złowrogo zawisła na horyzoncie i nie mogąc się zdarzyć pozostawiała ich w atmosferze niepokoju. Tchnęło ozonem.
Patrzyli wtedy tępym okiem w podłogę, w sufit, w kolumny dawno już rozwiązanych krzyżówek. Książki po wielokroć przeczytane z nadzieją wertowali. Cisi, zamyśleni, za szybą, nierealni, niby manekiny sklepowe – z sercem przepełnionym tęsknotą niewytłumaczalną; tęskni się lecz nie wiadomo za czym i po co. Czasami też płakali.
Albo leżeli całymi dniami na swoich łożach, zapadając raz po raz w głębokie, mimowolne śpiączki. Mamrotali coś przy tym, bredzili, śliniąc się przeklinali, bluzgali jadowicie i złorzeczyli swoim rojeniom z pasją najwyższą i tak długo, aż nie dobluzgali i nie doklęli swego.
A łoża rozrastały się w nieprzebyte, obce krainy. A zmięte, pożółkłe i spocone pościele wylewały się wówczas za progi sypialnych pokoi, przekraczały drzwi mieszkań i okna, słały się w odległe przestrzenie i ginął pod tym kirem stęchłym, pod tym całunem umęczonym świat cały, i niespokojny w sen chory, gorączkowy zasypiał. W powietrzu czuć było słodką woń chloroformu.
To znów wili się konwulsyjnie w tych nędznych barłogach, rozgarniali tę powódź pierzastą, przerzucali piernaty w skiby, ryli, rozdrapywali cuchnące prześcieradła, ciągnęli już kłaki z rozprutego wyra i ugniatali pierzyny, jak drożdżowe ciasto. Te zaś gorliwie wyrobione rosły fałdami w pagóry, piętrzyły się w himalajskie szczyty, z których rzucali się z ochrypłym krzykiem, albo załamywały się w Rowy Mariańskie, w Wielkie Przełęcze, w górnicze szyby, chodniki i korytarze, do których wpadali i ginęli wielokrotnie w tąpnięciach oraz zawałach puszystej lawiny.
A później wybudzali się zlani siódmym potem i znów wpatrywali się długo okiem mętnym, przekrwionym w spękane jak wyschłe jezioro sufity, albo w plamkę na rozeschniętej podłodze i nie mogli doczekać się końca, czymkolwiek miałby być koniec.
Kamienica pogrążała się w starczej demencji. W takich dniach szczególnie widocznie słabła w swojej realności. Migotała niebezpiecznie w tych fluktuacjach, jak gdyby miała wypalić się zaraz w swojej egzystencji. W niektórych miejscach zacierał się jej obraz, traciła kontury i roztapiała się balkonem, narożnikiem, całym piętrem lub skrzydłem w bezkształtnym, gładkim tle. Daleko wtedy dom odchodził od domu.
To znów rozjarzała się gwałtownym blaskiem, zbierała się po raz kolejny w sobie, aby na „raz”, „dwa” i „trzy” podjąć jedną jeszcze i jedną próbę, żeby się w pełni ziścić.
Rysowała się wtedy wyraźnie, jaskrawo, rozpalała w intensywnej barwie, w ostrym jak brzytwa detalu, w kwiatonach znów tkwiły świeże, polne kwiaty, tam, na fasadzie domu ostatnie pociągnięcie pędzla, dozorca ziewa i znów po raz pierwszy otwiera bramę. Tak dalece nasycała się sobą, w tym rodzaju piękna wymuszonego się próbowała, że w miejsce zachwytu budziła się podejrzliwość, gdy patrzy człowiek na wizerunek rzeczy przesadny, jawnie fałszywy, złudny i nierealny w zbyt nachalnych reanimacjach pełni wspaniałości. W chwilę potem, przez moment żywa i nazbyt prawdziwa gasła, zdradzając naturę papieru.
Próby te istotnie ją nadwerężały. Po takich wysiłkach kamienica jeszcze bardziej słabła, zamykała się głucho bramą, zacinała zamkiem lub zatrzaskiwała drzwiami, więżąc całymi dniami przerażonych interesantów i lokatorów. Zdawało się wówczas, że trwa resztkami sił, tak bardzo była nieobecna i niema. Bez dźwięku otwierały się drzwi, bez żałosnego skrzypienia uchylały się okna, podłoga już nie trzeszczała podczas wędrówek po pustych korytarzach i pokojach, nie było słychać kroków na drewnianych schodach. Tam bez dźwięku wypadała szyba, bez brzęku się tłukła i rozsypywała. Tam znów spadała dachówka – cichutko, jak chustka jedwabna.
U kresu dni tych smętnych otwiera się jednak niebo. Tam, w dali tęsknej, opada nisko, niżej, tak nisko, jak tylko opaść może niebo, aby przytulić się do ziemi. Rozsnuwa się labiryntami zmierzchu, szkli się werniksem umykającej purpury, pogłębia w soczystej ultramarynie i już nas wiedzie w swoje obietnice, westchnieniem napełnia, przeczuciem światów równoległych, nie dostąpionych, uderza w policzek podmuchem zgłosek w niebieskich ustach zaciskanych. Echem dociera spomiędzy bełkotliwych sygnałów, spomiędzy rozmów kosmicznych, pulsarów niezrozumiałych to interludium, ten refren, w którym przychodzi do nas wieczność, szerokim gestem ujmuje nas w kwadratowy nawias, każe nam słuchać swej pieśni rozległej i pozostawia osieroconych pod gołym, golusieńkim niebem.
Wtedy po skrajnej barwie tęczy Pan schodzi na Ziemię. W tych dniach niepozornych, niebyłych, porankiem jeszcze sennym, gdy mgły nad wioskami, nad domami mgły schodzą ku ziemi, a ludzie śpią w snach małych pogrążeni i pies śpi przed domem przy bramie do sadu, niecierpki dojrzałe strzelają, i dachy uginają się od ciężaru nieba, i lokatorzy jak dzieci skuleni w tych snach tęsknych i niespełnionych toczą patykiem kółka miedziane przez świat cały, wciąż ramion ciepłych szukając w ciemności, które by ich objęły, które by ogarnęły i nasyciły pragnienie jeszcze jednej spokojnej nocy nim kubek się stłucze, nim rdza garnek pokryje, zanim się próchno z kołyski wysypie.
W tych właśnie dniach Pan schodzi na Ziemię. Kto powie, że nie!? Niech się objawi szaleniec! Staje przy drodze przed miastem, kuca przy kępie lebiody, jabłko z tobołka wyciąga, obiera, patrzy i kroi. A ludziom się słowo w ustach odmienia. Dotąd powszednie zaczyna brzmieć czule. I sny pokrętne im się prostują, na chwilę, na chwilę, na chwilę. I cieszą się ludzie tą chwilą, bo jak się tutaj nie cieszyć?, gdy czas nieubłagany idzie za nimi od dawna, niby szaleniec z brzytwą w ręku.
W tych właśnie dniach Pan schodzi na Ziemię i dłonią obejmuje czule jętki jednodniówki, motyle zziębnięte bez sił do lotu, pozostawione same sobie, bezpańskie psy nawołuje, przygarnia do siebie stęsknione istoty, serca strapione napełnia i w górę podnosi, tak w ciszy, bez barwy, niepostrzeżenie, żeby porządku nie zburzyć. „Niechże się ten porządek nie zmienia!” – tak mówi.
A potem budzą się ludzie mokrym porankiem i nie wiedzieć czemu, brodzą na boso w wilgotnych trawach, rosą spływają drzewa. Mgła gęsta w oku się zbiera. I ani wypić tych kropli, ani chusteczką pościerać.